T
o miało być ostateczne rozwiązanie: „Plan Yzermana” nie był po prostu kolejną przebudową w Detroit. To był powrót Steve’a Yzermana do domu, by ratować franczyzę, którą sam pomógł rozwijać. Gracz z Galerii Sław, 22 lata w barwach Red Wings, trzy Puchary Stanleya, 19 sezonów jako kapitan – najdłużej w historii sportu w Ameryce Północnej. Potem odchodzi, buduje potęgę w Tampie i wraca jako człowiek, który ma przywrócić Red Wings dawny blask.
Z tego powodu tę przebudowę traktowano inaczej. Więcej zaufania, więcej cierpliwości i wiary niż w przypadku niemal jakiejkolwiek innej przebudowy w hokeju. Sama nazwa „Plan Yzermana” sprawiała, że wydawał się on wręcz nietykalny, jakby zawsze istniał jakiś szerszy obraz sytuacji, który wymagał po prostu więcej czasu.
Ale mamy kwiecień 2026 roku. Susza bez play-offów wciąż trwa. I choć wciąż tli się nadzieja, szansa zaczyna wymykać się z rąk. Powtarzają się te same załamania formy co zwykle, a postęp, który kiedyś wydawał się nieunikniony, nagle stanął w miejscu. W pewnym momencie trzeba zadać pytanie, którego nikt w Detroit nie chciał stawiać:
czy Plan Yzermana w ogóle kiedykolwiek działał, czy ludzie po prostu bardziej ufali nazwisku niż wynikom?
Plan nigdy nie miał być szybką naprawą. Od początku idea była jasna: wybieraj w drafcie i rozwijaj własny trzon drużyny. Unikaj dróg na skróty. Buduj to we właściwy sposób, nawet jeśli potrwa to dłużej. Sprowadzaj weteranów, by stabilizowali szatnię. Pozwól młodym graczom zapracować na swoje nazwisko, zamiast poganiać ich tylko po to, by zdobyć punkty tu i teraz.
Na początku miało to sens. Kiedy Steve Yzerman przejął stery w 2019 roku, Detroit było w fatalnym położeniu: drużyna już od trzech lat nie grała w play-offach, skład był słaby od góry do dołu, baza prospektów wymagała aktualizacji. To nie był zespół, który potrzebował jednej czy dwóch korekt – potrzebował całkowitego restartu. Powolne podejście było więc konieczne. Miała to być metodyczna, zrównoważona i trwała przebudowa. Dlatego poparcie było tak silne.
W Detroit nazwisko Yzerman ma inny ciężar. Ono już coś znaczy. Więc kiedy wrócił, czuło się, że to coś więcej niż zwykłe zatrudnienie menedżera. Wydawało się, że wszystko ułożyło się tak, jak powinno. Dzięki temu cierpliwość początkowo przychodziła łatwo. Część wynikała z emocji, ale stały za tym też konkretne osiągnięcia. Praca, którą wykonał w Tampie, dawała ludziom realny punkt odniesienia.
Na wczesnym etapie pojawiały się znaki wspierające tę wiarę. Seider wszedł do ligi i natychmiast wyglądał na gracza, wokół którego można budować zespół. Raymond wyrósł na opcję do pierwszej linii. Larkin pozostał w samym centrum, spajając wszystko przez lata. DeBrincat przyniósł taką siłę ognia w ataku, jakiej brakowało. Do tego dochodziło zaplecze: Edvinsson, Kasper, Sandin-Pellikka, Augustine, Finnie. Każdego roku czuło się, że nadchodzi kolejna fala. Postęp był realny – skład się poprawił, głębia była większa, a drużyna opuściła dno tabeli.
Ale pod tym postępem zaczęły uwidaczniać się problemy. Ruchy Yzermana poza draftem zaczęły wydawać się niespójne. Podpisanie kontraktów z Justinem Hollem czy Andrew Coppem nie przyniosło oczekiwanych efektów. Ville Husso został sprowadzony, by stabilizować bramkę, co nigdy w pełni nie wypaliło. Nawet Tarasenko, który dołączył później, nie wywarł takiego wpływu, jakiego można było oczekiwać. Żaden z tych ruchów z osobna nie jest katastrofą. Problemem jest ich kumulacja.
Skład coraz bardziej wypełniał się przeciętnymi weteranami. Solidnymi graczami, ale nie takimi, którzy robią różnicę. Z czasem Detroit zaczęło wyglądać jak drużyna pełna „poprawnych” zawodników, co rodzi większy problem: nie są wystarczająco słabi, by zdobyć elitarny, zmieniający losy klubu talent na szczycie draftu, ale nie są też wystarczająco dobrzy, by faktycznie przebić się do czołówki i walczyć o Puchar.
Pierwszy bolesny cios nadszedł w 2023 roku. 23 lutego 2023 r. Detroit zajmuje miejsce premiowane awansem (dzika karta). Mają mecze w zapasie, bilans 7-3-0 w ostatnich dziesięciu spotkaniach. Po raz pierwszy od lat wydaje się, że zespół dojrzał. I nagle wszystko się sypie. Od tego momentu kończą sezon z bilansem 7-16-2. To, co wyglądało na przełom, zamienia się w koszmarne załamanie formy. Kończy się 12-punktową stratą do play-offów. Po raz pierwszy Plan Yzermana obrywa, ale wciąż można to było wytłumaczyć: młody zespół, który może nie był jeszcze gotowy na presję końcówki sezonu. Bolesne, ale być może konieczne doświadczenie.
Rok później trudniej to zignorować. 28 lutego 2024 r. "Czerwone Skrzydła" na miejscu pierwszej dzikiej karty, tylko dwa punkty za Toronto. Jadą na serii sześciu zwycięstw. Kończą sezon z 91 punktami. Na papierze powinno to wystarczyć. Ale załamanie powraca. W końcówce notują bilans 8-12-3. Obrona się rozpada, tracąc średnio prawie cztery gole na mecz. Tracą awans przez gorszy bilans bezpośredni. Wtedy ton dyskusji się zmienia - dlaczego ten zespół pęka, gdy presja rośnie?
W 2025 roku to już nie jest trend, który można zbagatelnizować. 26 lutego 2025 r. Detroit znów jest na miejscu pierwszej dzikiej karty. Są w gazie (8-1-1 w ostatnich dziesięciu spotkaniach). I znów scenariusz się powtarza: bilans 9-13-2 w końcówce i brak awansu o pięć punktów. Co gorsza, sezon nie zaczął się łatwo – zmiana trenera, przyszedł McLellan, ustabilizował sytuację, zespół ruszył w górę, by ostatecznie i tak upaść w ten sam sposób. Trzy lata z rzędu w tym samym miejscu to nie jest pech. To stało się częścią tożsamości tego zespołu.
Ale ten rok, 2026, miał być tym, w którym to wszystko w końcu zaprocentuje. Skład wydawał się głębszy, młody trzon dorósł. W styczniu br. Red Wings były blisko szczytu Dywizji Atlantyckiej. 27 lutego mieli 82% szans na awans do play-offów... i znów się potykają. Do 7 kwietnia szanse spadają do 6%. Seria 6-10-3 wyrzuca ich poza burtę.
Same załamania formy są problemem, ale nie tym największym. Za każdym razem wygląda to inaczej – raz zawodzi obrona, raz bramkarz, innym razem znika skuteczność w ataku. Gdy problemy się zmieniają, ale wynik pozostaje ten sam, wskazuje to na coś głębszego: tożsamość, presję, konstrukcję składu, brak prawdziwych gwiazd lub zbyt dużą wiarę w wewnętrzny rozwój. A to wszystko sprowadza się do tego, jak ten zespół został zbudowany.
I tu wracamy do „Stevie Y”, kapitana tego statku. Przez lata Yzerman cieszył się większą cierpliwością niż jakikolwiek inny menedżer w NHL. Przekonanie było proste: jeśli ktoś może to zrobić, to tylko Steve. Ale w pewnym momencie poprzeczka musi pójść w górę. Rządzi od 2019 roku. Susza trwa, a zespół od lat tkwi w „czyśćcu” NHL – nie jest wystarczająco słaby na reset, ani wystarczająco dobry na przełom.
W tym roku coraz głośniej mówi się o tym, że jego stołek robi się gorący. Jeśli ten sezon zakończy się tak samo, legenda przestanie mieć znaczenie.
Istnieje oczywiście kontrargument: Plan Yzermana nie przyniósł "niczego": Detroit ma realne talenty w składzie i w systemie. Można twierdzić, że Red Wings są bliżej sukcesu, niż się wydaje. Ale to właśnie jest najbardziej frustrujące. Problemem nie jest brak przyszłości, bo to wciąż młody zespół. Problemem jest to, że co roku dają nadzieję na przełom, a potem pozwala jej się wymknąć.
Plan Yzermana opierał się na cierpliwości, bo Steve na nią zapracował. Przez pewien czas to miało sens – znalazł kluczowych graczy, odbudował zaplecze. Ale po ponad sześciu latach bycie „przyzwoitym” już nie wystarcza. Cztery lata z rzędu na krawędzi sukcesu i upadek w ostatniej chwili, zmienia sposób oceny całej przebudowy. Jeśli Red Wings znów odpadną, to chyba czas, by Steve Yzerman spakował rzeczy i zakończył swój projekt.
Śledź X, by być na bieżąco z informacjami: x.com/nhl24pl
Komentarze
Prześlij komentarz